Przed nami wybory parlamentarne. To gorący czas kiedy kandydaci do parlamentu składają obietnice, kreślą plany i prezentują programy swoich partii. Na drugi plan schodzi prywatne życie. A szkoda, bo też mają swoje pasje, lubią podróżować albo najzwyczajniej pokomentować np.… wygląd konkurentów. Jak? Przeczytajcie poniżej.
Podróże.
To chyba najpopularniejszy czas spędzania wolnego czasu, a takżże hobby. Podróżników i podróżniczek zatem nie brakuje. Marzena Kopacka z listy Prawa i Sprawiedliwości była m.in. w Hiszpanii, Włoszech, na Karaibach, Wyspach Kanaryjskich, w Izraelu, Jordanii, Egipcie, na Cyprze. – W planach mam jeszcze wiele podróży bliskich i dalekich – zapowiada: – Turcja, Meksyk, Bali, po raz kolejny Dominikana, po raz trzeci Watykan, po raz piąty Rzym.
Zapaloną podróżniczką jest też Małgorzata Prokop – Paczkowska z Ruchu Poparcia Palikota. Jeździ z pasją głównie po „starej Europie”: – Po Paryżu, Amsterdamie, Petersburgu, Sztokholmie czy po wielu włoskich miastach mogę włóczyć się w nieskończoność – zapewnia. Wiele godzin spędzam w galeriach, kościołach, muzeach i pałacach – dodaje.
Jako wielbicielka indyjskiej kuchni, marzy też o podróży na Daleki Wschód. Do grona kandydatek podróżniczek należy Magdalena Kasznia z Partii Kobiet, startującą z listy SLD. – Miłość do Tatr i kultury zakopiańskiej zaszczepiła mi mama – mówi.
Kandydaci – ogrodnik-amator, wilk morski i pilot szybowca
Również panowie, kandydujący do Sejmu, nie próżnują w czasie wolnym od polityki. Arkadiusz Litwiński (PO) w młodości grywał na gitarze, założył nawet z kolegami zespół, z którym zagrał koncert podczas Dni Morza, zaraz po swojej maturze. Jego kolejnym hobby jest łucznictwo, którym zaraził się jednak nie – jakby się mogło wydawać – oglądając filmy o Robin Hoodzie, a zgłębiając tajniki filozofii Dalekiego Wschodu, buddyzmu zen. Leszek Dobrzyński z PiS z kolei uwielbia gotować. Poza tym, podobnie jak większość kandydatów, lubi podróżować, jednak w nieco bardziej ekstremalny sposób. Zamiast wygrzewać się na plażach Egiptu i poruszać się z pomocą GPS, Dobrzyński woli swój „stary plecak, turystyczne buty i wypłowiałe od deszczu i słońca spodnie, wędrówki po drogach i bezdrożach. W czasie tych wypraw z uśmiechem patrzę na posiadaczy GPS, wolę swój kupiony z demobilu kompas i poplamione mapy”.
Wśród pasji panów, kandydujących do Sejmu, poczesne miejsce zajmuje też sport. Igor Frydrykiewicz, otwierający listę partii Polska Jest Najważniejsza, w wolnych chwilach pływa, żegluje, nurkuje, biega, gra w piłkę nożną, jeździ na nartach. Bazyli Baran z PO mówi o sobie „człowiek morza”. Jachtowy sternik morski, sternik motorowodny, instruktor żeglarstwa – to tytuły, którymi może się pochwalić. Jest też pilotem szybowców klasy trzeciej. – Woda to mój żywioł – konstatuje Baran.
Norbert Obrycki (PO), kandydat na senatora od lat wolny czas spędzał na rowerze, ale ostatnio pochłonęła go pasja do badmintona.
– Trenuję intensywnie, chciałbym w niedługim czasie móc zmierzyć się z najlepszymi amatorami – zapowiada „Prestiżowi“.
Z kolei jego kontrakandydat z PiS Krzysztof Zaremba to pasjonat rajdów samochodowych. Startuje w nich na zabytkowych fiatach 125p. W ciągu roku objeżdża kilka imprez – w Polsce i Europie.
Ale kandydaci parają się też bardziej spokojnymi zajęciami. Frydrykiewicz uwielbia pracować w… ogródku. – Nigdy siebie nie podejrzewałem o to, że godzinami z przejęciem będę zajmował się roślinami, więcej, że uznam to za pasjonujące zajęcie – mówi.
Kandydaci o kandydatach
Tyle jeśli chodzi o wypowiedzi kandydatów o samych sobie. A jak wyglądają w swoim pozapolitycznym wydaniu w oczach innych kandydatów? Kto jest największym dżentelmenem, kto wykazuje się największą przebojowością, która kandydatka ma najciekawszy styl?
– Spośród rywalek pochwalę Magdalenę Kochan (PO) za ciekawą biżuterię i własny styl, Beatę Radziszewską (SLD) za pogodę ducha i uśmiech, Urszulę Pańkę (PO) za elegancję, Żywię Karasińską-Fluks (PSL) za piękną polszczyznę i swoistą ekscentryczność, no i Renatę Zarembę (PO) za kapelusze – mówi Małgorzata Prokop-Paczkowska. – Kultury osobistej z pewnością nie brakuje Sławomirowi Preissowi (PO), Arkadiuszowi Litwińskiemu (PO), Andrzejowi Durce (PSL), choć nie lubię całowania w rękę i Cezaremu Urbanowi (PO). Należy im się też plus za sposób ubierania – ocenia.
Bazyli Baran zwraca uwagę na przebojowość Bartosza Arłukowicza (PO): – Potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji.
Wyróżnia też Magdalenę Kochan za gust, a Sławomira Preissa za zaskakujące ubiory. Dodaje: – Moja najmłodsza córka zwróciła ostatnio uwagę na piękne torebki Urszuli Pańki.
Magdalena Kasznia ocenia panów: – Najczęściej pojawiają się w garniturach i jednokolorowych krawatach. Poza Sławomirem Preissem, zwolennikiem oryginalnych marynarek nie przypominam sobie nikogo, kto w jakikolwiek sposób starał się przełamać ten schemat.
Natomiast za najbardziej atrakcyjną i najbardziej gustownie ubraną kandydatkę Kasznia uznała swoją partyjną koleżankę, Ewę Jaklewicz – Walewicz (SLD).
W bezpośrednim kontakcie dużo zyskuje, zdaniem Kaszni, Beata Radziszewska (SLD). – To autentycznie ciepła, życzliwa i bezinteresowna osoba – mówi. – Podobnie zresztą jak Dorota Chałat (SLD). Świetne kandydatki – takie, z którymi można by (oczywiście w apolitycznych okolicznościach) „konie kraść”.
Igor Frydrykiewicz, pytany o przebojowość innych kandydatów, przyznaje: – Nie znam towarzysko kandydatów konkurencji. Poza tym przebojowość w kontaktach towarzyskich nie jest dla mnie ważną cechą – wyjaśnia i dodaje parę słów o sobie: – Muszę się przyznać do tego, że z grupą przyjaciół wpadamy czasem do klubu pośpiewać. Wtedy jestem chyba przebojowy…
Zapytany o ubiór kandydatów, Frydrykiewicz odpowiada w dość tolerancyjny sposób: – Jeśli kandydat nie zwraca uwagi fatalnym garniturem, krawatem do pępka, to nie zwracam uwagi na szczegóły. Zauważam tylko to, że niektórzy w garniturze wyglądają jak przebrani za kogoś innego…
Na tle tych wypowiedzi kandydatów o kandydatach oryginalnie wygląda opinia Ewy Koś, kandydatki z listy SLD. – W zasadzie nie utrzymuję kontaktów towarzyskich z kandydatami na posłów – przyznaje Koś. – Spotykamy się przy oficjalnych okazjach i obchodzimy ze sobą albo jak „śmierdzące jajko” jeśli jest to inna partia niż moja czy koalicyjna (przy czym zawsze trzeba uważać, jak i co się mówi) albo nie mamy czasu na grille i inne takie rozrywki. Ze swoimi pracuję, przekonujemy się nawzajem, z pozostałymi trzymam się na odległość i tak jest chyba najlepiej.




